sobota, 15 marca 2014

Marzę o białej bule i kornfleksach

// // Leave a Comment
Wraz z nadejściem stycznia spłynęła na mnie powinność zdrowego odżywiania się, którą sama narzuciłam na swe barki w ramach noworocznych postanowień. Diametralnie zmieniłam swe nawyki żywieniowe, w wyniku czego zrezygnowałam ze słodyczy, białego pieczywa i całej gamy mocno przetworzonych produktów. Po ponad dwóch miesiącach egzystencji napędzanej zbilansowanymi posiłkami w moim umyśle pojawił się niebezpiecznie szybko rozwijający się zarodek frustracji.

Jestem wkurzona.
Ostatnimi dniami mój gniew powodują ograniczenia, które dobrowolnie wprowadziłam w moje życie. Cały czas muszę mieć się na baczności aby przypadkiem nie sięgnąć po rzecz, która uznawana jest za produkt niewłaściwy. Wczoraj oglądając serial i widząc jak głównej bohaterce wręczono piernik w kształcie choinki doznałam wielkiej chcicy na konsumpcję czegoś kruchego i słodkiego. Udało mi się bezpiecznie zaspokoić tą zachciankę napychając się granolą w ramach podwieczorku. Są jednak rzeczy, które nie mają swych godnych zamienników i nic nie jest w stanie dać mi takiej samej satysfakcji jak dosłowne ich spożycie.
Nie chodzi mi nawet o tak daleko wysunięte w swym statusie "nie zdrowości" produkty jak słodycze. Głęboką tęsknotę żywię bowiem chociażby do płatków Corn Flakes od Nestle, które to kuszą mnie fantastyczną wonią chemicznej kompozycji zapachowej. Przywodzi mi ona na myśl to jak "za dobrych czasów" cudownie chrupały one w mojej jamie ustnej, i jak wspaniały smak miało mleko, które zostawało w misce po wyjedzeniu wszystkich płatków.


Desperacko pragnę również spożyć kolokwialną w swej formie białą bułę przekrojoną na pół i wysmarowaną solidną porcją masełka tak jak kiedyś. Połączenie chrupkiej, twardej skórki okalającej miękkie, gąbczaste wnętrze niczym skorupka jajka z maślanym smarowidłem jawi mi się jako konsumpcyjna idylla.

Popadam w paranoję.
Jedzenie zajmuje moje myśli, infekuje je niczym natrętny wirus i nie daje spokoju. W głowie krążą mi tylko wspomnienia smaku ukochanych pokarmów, jakimi raczyłam się przez 16 lat mojego życia. Coraz częściej łapię się na tym, że rozmawiam z ludźmi o żywności, zaś moje wypowiedzi przeradzają się wtedy w tęskne monologi o tematyce spożywczej. Moja konsumpcyjna nostalgia przeradza się powoli w coś, co może okazać się brzemienne w skutkach.

Żyję po to żeby jeść.
Najgorsze jest to, że zdaję sobie sprawę z tego, że rzeczy których pragnę to siedlisko chemicznych dodatków i niebezpiecznych tłuszczów, oraz że w kwestii odżywiania mego organizmu są one nic nie warte. Wiem również, iż jedzenie nie jest, a przynajmniej nie powinno być sensem życia i największą jego zaletą ale pomimo tego nie mogę przestać snuć fantazji o niedostępnych dla mnie smakołykach. Mam 16 lat, i jestem jeszcze dzieckiem, dzieckiem dla którego za wcześnie jest tak ortodoksyjnie odsuwać od siebie konsumpcyjne uciechy. Nie przesadzę jak powiem, iż odstawienie tak wielu moich ulubionych posiłków zabrało mi sporą część radości czerpanej z życia. Zdaję sobie sprawę, że szczęście powinno się pobierać z bardziej szlachetnych źródeł niż jedzenie, nie zmniejsza to jednak mojego apetytu i tęsknoty żywionej do zakazanych mi owoców.

"Czit mile" dobrym rozwiązaniem?
Dla ludzi podobnych do mnie, nie mogących wyrwać się ze szponów miłości do demonizowanych w fit-światku produktów wymyślono zabiegi zwane cheat- meal'ami. Polegają one na pozwalaniu sobie na konsumpcje wyłączonych na co dzień z diety posiłków raz na określony czas. Może być to jeden dzień w miesiącu, tygodniu bądź raz na preferowaną ilość posiłków. Mam zamiar poeksperymentować z wykorzystaniem trzeciej opcji. Od dziś co dziesiąty posiłek przez mnie zjedzony będzie posiłkiem niezdrowym. Pomysł ten zaczerpnęłam z wpisu Ani dotyczącego Jej diety.
Po wykonaniu prostego rachunku, można wywnioskować iż daje to jeden zakazany owoc na 2-3 dni, z czego wynika, iż grzeszyć będę trzy razy w tygodniu co nie wydaje mi się faktem stawiającym mnie w nadzwyczaj niekorzystnym świetle.

W obliczu postanowień zawartych w powszednim akapicie tego tekstu, przyszłość maluje mi się w zdecydowanie bardziej nasyconych barwach niż dotąd. W ciągu najbliższych kilkudziesięciu minut mam zamiar skierować swe kroki do centrum handlowego, w którym to zaopatrzę się w zapas grzechów na najbliższy tydzień. Po krótkim namyśle, w ramach dzisiejszego, pierwszego cheat-meal'u zdecydowałam się postawić na konsumpcję najwspanialszej na świecie drożdżówki z budyniem od Sowy widocznej na poniższej fotografii. Ostatni raz miałam ją w ustach ponad dwa lata temu, możecie więc tylko wyobrazić sobie wzbierającą we mnie ekscytację jaką odczuwam na myśl o jej zjedzeniu.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia

0 komentarze:

Prześlij komentarz