czwartek, 13 listopada 2014

Jestem smutną, sfrustrowaną grubaską

Siedzę w szkolnej ławce. Zaciągam poły swetra na brzuch. Wysuwam koszulkę ze szczeliny utworzonej przez fałdę pod cyckami. Prostuję się nienaturalnie i prężę aby zminimalizować monumentalność wypukłości mojego tułowia.

Zginam się w pół zakładając skarpetki. Przedtem wstrzymuję oddech. Gdy tego nie robię z trudem odpieram płucami nawał tłuszczu aby nabrać powietrza. Udaje mi się wziąć tylko płytki wdech.

Wciskam na biodra spódniczkę. Muszę podciągnąć ją w okolice talii aby być w stanie ją zapiąć. Z trudem obniżam jej stan aby długością sięgała granic przyzwoitości. Jeden oddech i znów jest za wysoko.




Olewam szkołę. Co dzień zamiast choćby posadzić swoją dupę przed pracą domową rozwalam się na fotelu i żrę. Przed oczami migają mi kolejne odcinki seriali. Kolejne teksty na blogach. Kolejne durnowate internetowe zestawienia. Bezmyślnie je przewijam aby zabić czas. Nie trudzę się myśleniem o tym że mogłabym go uśmiercić w bardziej wyrafinowany sposób.

O północy, w końcu uznaję że czas walnąć parodię człowieka jaką się stałam na materac. Udaję się w objęcia Morfeusza, który niedługo nie będzie w stanie otoczyć mojego spasionego cielska rozpiętością swoich ramion.



Czasem w nocy napadają mnie wyrzuty sumienia. Dopiero gdy zamykam oczy, tak naprawdę szeroko się one otwierają. Dostrzegam wtedy ogrom głupoty jaką uprawiam na polu swojego życia.

Karmię się banalnymi marzeniami o znalezieniu miłości. Napada mnie jednak refleksja, że sama nie chciałabym związać się z taką osobą jak ja. Dlaczego ktoś miałby dobrowolnie wyrazić chęć na zadawanie się ze smutną, sfrustrowaną grubaską bezcelowo tułającą się po ziemskim globie?

***

Wiem że wartościowa osoba jest gdzieś we mnie. Uwięziona pod powłoką sadła, lenistwa i zrezygnowania. Wiem, że jeśli ocucę się z tego destrukcyjnego snu będę w stanie ją uwolnić. Wciąż jednak tylko polegam na polu walki i obiecuję sobie, że zrobię to za chwilę.

W życiu nie ma czasu na "za chwilę". Nie można odłożyć boju o siebie na później bez ponoszenia konsekwencji. Albo rezygnujesz z siebie i godzisz się na stanowienie integralnej części przeciętności, albo walczysz i wznosisz się ponad nią.
Kontynuuj czytanie

niedziela, 24 sierpnia 2014

Spieprzyłam ten cały cholerny fit lajfstajl

Gdyby pozerstwo należało do kanonu moich cech z pewnością mogłabym udać przed Wami, że miała miejsce rzecz odwrotna od tej, która się właściwie stała.
Mogłabym pokazać Wam to jak wytrwałą pracą i wyrzeczeniami udało mi się osiągnąć sukces w kwestii modelowania swojej sylwetki. Mogłabym stworzyć medialną iluzję i płynąć na fali feedback'u wyśpiewującego pochwalne peany w moją stronę. Mogłabym pobawić się w manipulację i pokazać Wam coś takiego:


Oraz podpisać słowami:

Moja ciężka, 4-miesięczna praca przyniosła niesamowite efekty. To prawda, że If you can dream it, you can do it. W końcu z larwy przerodziłam się w motyla i poprawiłam jakość swego życia o milion procent! Rozpiera mnie chęć do dalszego działania! Apetyt rośnie w miarę jedzenia, do mojego ostatniego kęsa zaś jest jeszcze daleko i to dopiero początek mojej przemiany! I Ty uwierz w siebie! Również zasługujesz na szczęście!

Bullshit.

Niestety, lajf is lajf nanananana. Z przykrością muszę Was powiadomić, że to poniżej widnieje prawidłowy obraz mojej zastraszającej metamorfozy.


Dla jeszcze większego fun'u zastrzegam, że lewa fotografia zrobiona jest już i tak po trzech tygodniach kompulsywnego obżarstwa, które zaczęło się 4 kwietnia. Wskazuje to na to, że musiałam wyglądać jeszcze lepiej zanim wszystko poszło się za przeproszeniem jebać z mojej niezaprzeczalnej winy.

Gorliwie i gorąco przeklinam dobę w której popołudniowej porze ubzdurałam sobie, że dzisiejszy dzień będzie dniem obżarstwa, po którym wprowadzę bardziej restrekcyjną dietę. Chciałam skraść dla siebie nieco wolności, chciałam przez moment nie mieć jedzeniowych ograniczeń. Tylko przez jedno pieprzone popołudnie, potem wszystko miało być wzorowe, miało pójść jak z płatka.

Podążając za marzeniami udałam się na zakupy mające podarować mi chwilę rozkoszy i zapomnienia.


Tak jest. Pochłonęłam to wszystko w jeden wieczór. Nie bacząc na ból, ani na mdłości spowodowane przejedzeniem. Przecież to miał być ostatni taki wybryk.

Następnego dnia, gdy efekty uboczne wywołane tak dużą ilością przyswojonego jedzenia przestały mi doskwierać zaczęłam kombinować. Bardzo inteligentnie uznałam, że tamten dzień był dniem słodkim, dziś zaś pora na dzień słony i wtedy już naprawdę będzie po wszystkim. Tak serio serio. Wszystko bardzo skrzętnie sobie wytłumaczyłam.
Po północy wepchnęłam w siebie ostatnią wieczerzę w postaci minipizzy. Bolało. Następnego dnia postanowiłam jednak, iż będę celebrować coś w rodzaju Triduum Paschalnego, co przekłada się na dodatkowy, no już naprawdę ostatni, trzeci dzień. How smart is that?

No ale chwila, ależ no jak to tak?! Przecież wypada dotrwać jednak jeszcze do końca tygodnia i nowy, po nim następujący rozpocząć planowaną perfekcyjną dietą.

Do końca tygodnia, do końca Wielkiej Nocy, do końca miesiąca, do wakacji, aż w końcu DO CZWARTEGO SIERPNIA DO KURWY NĘDZY!!!

Jedzenie przejęło kontrolę nad moim umysłem, nad ciałem, nad życiem, nad wszystkim. W ciągu tych czterech miesięcy wiele razy próbowałam zakończyć to szaleństwo. Najdłużej wytrzymałam 8 dni na surowej diecie, po czym znów rzuciłam się w wir obżarstwa. Stoczyłam się. Odwracałam głowę od lustra. Zaniedbałam się. Przestałam starannie dobierać ubrania i każdego dnia zakrywałam tworzącą się tuszę leginsami i workowatą koszulką. Zaczęłam czuć zwały tłuszczu po bokach talii ocierające się o siebie podczas chodzenia. Nie chcę już wspominać o udach. Stałam się karykaturą samej siebie.

Każdego dnia jadłam tak, jakby ówczesna doba miała być moją ostatnią.

Trzy tygodnie temu wyszłam na prostą. Gdy moje ciało opuścił cukier i ekscytacja wynikająca z jedzenia zauważyłam gwardię efektów ubocznych. Jedyną dobrą rzeczą jaką zostałam obdarowana w wyniku tego incydentu był większy rozmiar biustonosza. Co z tego skoro do płaczu doprowadził mnie widok moich piersi, pokrytych czerwonymi pręgami rozstępów?
Policzki rozdęły się, zanikła talia razem z moją pewnością siebie i chęcią do życia. Zaczęła dobijać mnie myśl, że miałam już tak wiele, a cofnęłam się tak bardzo. Nawet nie cofnęłam. To zbyt pochlebnie powiedziane. Przytyłam niespełna 10 kilogramów. Doprowadziłam siebie do najgorszego stanu w całym moim życiu.

Robię krok w tył, by zrobić dwa do przodu
Mam odwagę, by przyznać się do błędu
Schodzę suchą nogą z pękającego lodu
Bo wiem, że nie warto jest biec bez odwrotu



Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję i obiecuję poprawę,

Weronika
Kontynuuj czytanie

niedziela, 23 marca 2014

Wyzwanie - tydzień wstawania o piątej rano + jogging

Czy ktoś z Was kiedykolwiek zastanawiał się nad tym, ile czasu traci przesiadując do późna w nocy a co jest tego następstwem zaczynając swój dzień o godzinie oscylującej wokół południa? 
Pomyślcie o ile więcej można byłoby dokonać, gdyby poświęcić nieco więcej nocnych godzin na właściwy im sen, zaś dzień rozpoczynać wcześnie, witając go ze świeżym, nie zmąconym niczym umysłem gotowym do intensywnej pracy, jaką zmuszony będzie wykonać w ciągu dnia.
Gdyby do tego dołożyć jeszcze orzeźwiający jogging dostarczający nam niesamowitej energii powstanie nam przepis na idealny poranek.


Od kilku tygodni noszę się z zamiarem przyzwyczajenia swego organizmu do budzenia się o tej samej, wczesnej porze. Godzina jaką sobie ustaliłam to jawiąca się jako kuriozum dla takiej miłośniczki snu jak ja piąta rano. Mam zamiar wstawać o tej porze każdego dnia, bez wyjątków w weekendy czy też święta. Zwykle idąc do szkoły na godzinę ósmą, wstaję o szóstej, w związku z czym aby produktywnie wypełnić powstałą czasową lukę postanowiłam wprowadzić do planu mojego dnia realizację rozpiski treningowej dla początkujących biegaczy. Zapewnia ona w ciągu dziesięciu tygodni podniesienie wydolności organizmu w taki sposób, aby jego właściciel był w stanie biegać bez przerwy przez pół godziny.
Nieco zagalopowałam się z podanym w tytule hasłem "jogging", ponieważ wspomniany przeze mnie plan obejmuje aktywność w postaci marszobiegów. W pierwszym tygodniu treningów jest to minuta biegu na pięć minut marszu. Serię tą należy powtórzyć pięć razy.

Dziś mija trzeci dzień mojego wyzwania. Każdego ranka, gdy z objęć słodkiego snu wyrywa mnie znienawidzony dźwięk budzika przeżywam chwilę słabości i jestem zmuszona do zaciętej walki z samą sobą. Jestem pewna, że dzięki odpieraniu swoich wymówek wzmocnię siłę mojej woli, i sukcesywnie wprowadzę dyscyplinę również na innych polach mojego życia.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia
Kontynuuj czytanie

czwartek, 20 marca 2014

Bezczelni złodzieje postów! Sprawdź czy nie okradziono także Ciebie!

Dziś wieczorem, po otwarciu mojej skrzynki mailowej oczom mym ukazała się wiadomość od niejakiej Leny Kot informująca o istnieniu strony, na której objawia się zjawisko kradzieży tekstów z pokaźnej gamy blogów. W witrynie tej znalazły się również moje posty skopiowane słowo w słowo, od deski do deski. Admin nie pokusił się nawet o usunięcie mojego podpisu, który zawsze zamieszczam na końcu każdego owocu mojej pracy.



To nie pierwsza taka afera. W sieci już miliony osób spotkały na swojej drodze takich złodziei. Jaki jest tego powód? Otóż w myśl zasady jak tu dobrze zarobić, żeby się nie narobić rodzi się społeczność zdesperowanych ludzi chcących osiągnąć swój cel zmierzając do niego po trupach. Jeśli jest się posiadaczem popularnego bloga, można na tym nieźle dorobić. Na dodatek różne koncerny penetrują Internet w poszukiwaniu takich prosperujących stron i często piszą do ich autorów w sprawie wszelkiego rodzaju współprac na ich korzyść. Wlicza się w to prezentowanie na swoim blogu reklam danej firmy, bądź recenzowanie produktów otrzymanych od nich za darmo do przetestowania. Kradzież postów jest drogą do sukcesu „na skróty”. Jest szybciej ,prościej i łatwiej. Ale co z satysfakcją? Co z cudownym uczuciem osiągania czegoś własnymi siłami? Nie wiem kim trzeba być, aby się tego samodzielnie pozbawiać.

Na bloga będącego inspiracją do napisania dzisiejszego postu możecie zajrzeć TUTAJ. Koniecznie kliknijcie w podany przeze mnie link i przekonajcie się czy przypadkiem także i ktoś z Was nie został ofiarą kradzieży.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia
Kontynuuj czytanie

wtorek, 18 marca 2014

Kto ukradł nam wiosnę?

Nie tak dawno temu promieniom słońca udało się rozpruć żelazną jak mogłoby się wydawać warstwę ponurych chmur i obdarować ludzkość upragnioną porcją witaminy D. Zwiastun nadchodzącej wiosny tchnął życie w naszą codzienność i sprezentował perspektywę pomyślnej przyszłości mającej odgrywać się w sprzyjających nam warunkach atmosferycznych. Po raz kolejny jednak zdradliwej pogodzie udało się nas oszukać, zaś błękit nieba którym tak krótko przyszło nam się napawać ponownie przesłoniły brunatne obłoki.

Gdy wiatr o sile kilkunastu kilometrów na godzinę przeszywa nas chłodem nie trudno jest załamać się nad swym losem i popaść w nostalgię spowodowaną atmosferyczną kraksą. Aby nie stracić doszczętnie wiary w nadejście słonecznych miesięcy, z przyjemnością powróciłam do kadrów uwiecznionych przeze mnie w pewien rozkoszny, letni dzień. Przepełniają one moje serce siłą, której tak zachłannie domaga się ten organ w obliczu niepogody, jaką serwuje nam szara, chłodna codzienność.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia
Kontynuuj czytanie

poniedziałek, 17 marca 2014

Portfolio Zdrowej Żywności - Luty 2014

Dwa tygodnie temu minął drugi miesiąc mojej walki o zmianę nawyków żywieniowych na lepsze. Luty był okresem, w którym zdecydowanie rozwinęłam swe skrzydła w kwestiach żywieniowych co zaobserwować można w większej różnorodności uwiecznionych przeze mnie na zdjęciach zdrowych posiłków. Niemalże każdą skonsumowaną przeze mnie w minionym miesiącu strawę można określić mianem korzystnej dla organizmu i odżywczej.


Śniadania i Kolacje

W lutym z wielką radością włączyłam do mojej diety kaszę jaglaną, która obłędnie smakuje gotowana na mleku kokosowym z dodatkiem świeżych owoców. Zakochałam się również we wszelkiego rodzaju sałatkach oraz pysznej, chrupiącej, domowej granoli.


Obiady


W zeszłym miesiącu do dań obiadowych udało mi się włączyć dużo ryb, co niezmiernie mnie cieszy. Sukcesywnie zamieniłam również ziemniaki i biały makaron na jego razowy odpowiednik oraz różnorodne kasze. Wznieciłam w sobie także na nowo miłość do jarzynowych, wiosennych zup z mięsnymi klopsikami, a także pielęgnowałam zamiłowanie do buraków.


Drugie Śniadania i Podwieczorki


W minionym miesiącu w pełni rozkwitła moja miłość do koktajli przygotowywanych za pomocą mojego ukochanego, kuchennego robota. Puszczając wodze fantazji tworzyłam fantastyczne, pełne kolorów kompozycje smakowe. Pozostałam również wierna plasterkom jabłka z masłem orzechowym oraz twarożkom. Ponadto udało mi się wprowadzić do mojej diety więcej warzyw, w tym najdroższą memu sercu czerwoną fasolę oraz pomidorki koktajlowe.

Dając niewielkie ujście nieeleganckiemu narcyzmowi, mogę stwierdzić, iż bardzo sukcesywnie udaje mi się zmieniać moje nawyki żywieniowe. Jednakże, tak jak wspominałam w jednym z ostatnich wpisów, powoli wychodzi na jaw moje człowieczeństwo, domagając się niezdrowych kąsków. W związku z tym zwiastuję, iż na łamach marcowego Portfolia Zdrowej Żywności wprowadzę wyjątkowy punkt przedstawiający małe grzechy jakich dopuszczać się będę w przeciągu miesiąca. Przyjęłam nową politykę odżywiania, zezwalającą mi na to, iż co dziesiąty mój posiłek może być strawą niezdrową. Jestem tylko człowiekiem, i nie mogę przez całe życie samodzielnie się ograniczać i odbierać sobie radość płynącą z konsumpcji.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia

PS: Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak wyglądała moja dieta w styczniu, kliknijcie tutaj.
Kontynuuj czytanie

niedziela, 16 marca 2014

Enigmatyczny szampon aloesowy Bio Naia

Wczoraj wybrałam się do Galerii Przymorze w celu zakupu sztybletów w obecnym w jej pasażu Decathlonie. W drodze do docelowego sklepu, przechadzając się po centrum handlowym zauważyłam istnienie supermarketu E.Leclerc. Nie byłabym sobą gdybym nie zapragnęła zgłębić tajników drogeryjnych zasobów tejże placówki, w związku z czym zdecydowałam się wstąpić w jej progi. Przeglądając półki z ofertą produktów do pielęgnacji włosów natknęłam się na bardzo ciekawy kosmetyk.

Mowa tu o francuskim szamponie ekologicznym firmy Bio Naia. Zdejmując go z półki w celu skontrolowania jego składu byłam przekonana, że niczym mnie nie zaskoczy i, że okaże się wysoce rozczarowujący. Jakież było moje zdziwienie gdy po odwróceniu opakowania tego produktu moje oczy ujrzały poniższą listę ingridiencji:

Okazało się, iż to francuskie cudeńko zostało stworzone kolejno na bazie wody, soku aloesowego oraz wyciągu z kory, liści i gałązek oczaru wirginijskiego. Dopiero po tych trzech składnikach w spisie objawia się obecność detergentu pod postacią ALS.

W środku znajdziemy również między innymi proszek jogurtowy oraz olej ze słodkich migdałów. Wszystko to zamknięte w oryginalnym, kanciastym, cieszącym ludzkie oko opakowaniu dostępne za cenę poczciwych dziesięciu polskich złotych.

PIERWSZE WRAŻENIE

Wczoraj umyłam włosy moim nowym nabytkiem. Szampon ma przyjemny, nienachalny zapach i bardzo dobrze się pieni. Po odciśnięciu wody z czupryny, rozczesałam ją, uraczyłam jedynie ugniataniem rękoma wysmarowanymi żelem mrożącym od Joanny i pozostawiłam do wyschnięcia. Uzyskałam efekt pełnych objętości, bujnych acz nie spuszonych włosów Jedno użycie to jednak za mało aby wyrobić sobie konstruktywną opinię o kosmetyku, w związku z czym rzetelna recenzja szamponu Bio Naia pojawi się dopiero za kilka tygodni.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia
Kontynuuj czytanie

sobota, 15 marca 2014

Marzę o białej bule i kornfleksach

Wraz z nadejściem stycznia spłynęła na mnie powinność zdrowego odżywiania się, którą sama narzuciłam na swe barki w ramach noworocznych postanowień. Diametralnie zmieniłam swe nawyki żywieniowe, w wyniku czego zrezygnowałam ze słodyczy, białego pieczywa i całej gamy mocno przetworzonych produktów. Po ponad dwóch miesiącach egzystencji napędzanej zbilansowanymi posiłkami w moim umyśle pojawił się niebezpiecznie szybko rozwijający się zarodek frustracji.

Jestem wkurzona.
Ostatnimi dniami mój gniew powodują ograniczenia, które dobrowolnie wprowadziłam w moje życie. Cały czas muszę mieć się na baczności aby przypadkiem nie sięgnąć po rzecz, która uznawana jest za produkt niewłaściwy. Wczoraj oglądając serial i widząc jak głównej bohaterce wręczono piernik w kształcie choinki doznałam wielkiej chcicy na konsumpcję czegoś kruchego i słodkiego. Udało mi się bezpiecznie zaspokoić tą zachciankę napychając się granolą w ramach podwieczorku. Są jednak rzeczy, które nie mają swych godnych zamienników i nic nie jest w stanie dać mi takiej samej satysfakcji jak dosłowne ich spożycie.
Nie chodzi mi nawet o tak daleko wysunięte w swym statusie "nie zdrowości" produkty jak słodycze. Głęboką tęsknotę żywię bowiem chociażby do płatków Corn Flakes od Nestle, które to kuszą mnie fantastyczną wonią chemicznej kompozycji zapachowej. Przywodzi mi ona na myśl to jak "za dobrych czasów" cudownie chrupały one w mojej jamie ustnej, i jak wspaniały smak miało mleko, które zostawało w misce po wyjedzeniu wszystkich płatków.


Desperacko pragnę również spożyć kolokwialną w swej formie białą bułę przekrojoną na pół i wysmarowaną solidną porcją masełka tak jak kiedyś. Połączenie chrupkiej, twardej skórki okalającej miękkie, gąbczaste wnętrze niczym skorupka jajka z maślanym smarowidłem jawi mi się jako konsumpcyjna idylla.

Popadam w paranoję.
Jedzenie zajmuje moje myśli, infekuje je niczym natrętny wirus i nie daje spokoju. W głowie krążą mi tylko wspomnienia smaku ukochanych pokarmów, jakimi raczyłam się przez 16 lat mojego życia. Coraz częściej łapię się na tym, że rozmawiam z ludźmi o żywności, zaś moje wypowiedzi przeradzają się wtedy w tęskne monologi o tematyce spożywczej. Moja konsumpcyjna nostalgia przeradza się powoli w coś, co może okazać się brzemienne w skutkach.

Żyję po to żeby jeść.
Najgorsze jest to, że zdaję sobie sprawę z tego, że rzeczy których pragnę to siedlisko chemicznych dodatków i niebezpiecznych tłuszczów, oraz że w kwestii odżywiania mego organizmu są one nic nie warte. Wiem również, iż jedzenie nie jest, a przynajmniej nie powinno być sensem życia i największą jego zaletą ale pomimo tego nie mogę przestać snuć fantazji o niedostępnych dla mnie smakołykach. Mam 16 lat, i jestem jeszcze dzieckiem, dzieckiem dla którego za wcześnie jest tak ortodoksyjnie odsuwać od siebie konsumpcyjne uciechy. Nie przesadzę jak powiem, iż odstawienie tak wielu moich ulubionych posiłków zabrało mi sporą część radości czerpanej z życia. Zdaję sobie sprawę, że szczęście powinno się pobierać z bardziej szlachetnych źródeł niż jedzenie, nie zmniejsza to jednak mojego apetytu i tęsknoty żywionej do zakazanych mi owoców.

"Czit mile" dobrym rozwiązaniem?
Dla ludzi podobnych do mnie, nie mogących wyrwać się ze szponów miłości do demonizowanych w fit-światku produktów wymyślono zabiegi zwane cheat- meal'ami. Polegają one na pozwalaniu sobie na konsumpcje wyłączonych na co dzień z diety posiłków raz na określony czas. Może być to jeden dzień w miesiącu, tygodniu bądź raz na preferowaną ilość posiłków. Mam zamiar poeksperymentować z wykorzystaniem trzeciej opcji. Od dziś co dziesiąty posiłek przez mnie zjedzony będzie posiłkiem niezdrowym. Pomysł ten zaczerpnęłam z wpisu Ani dotyczącego Jej diety.
Po wykonaniu prostego rachunku, można wywnioskować iż daje to jeden zakazany owoc na 2-3 dni, z czego wynika, iż grzeszyć będę trzy razy w tygodniu co nie wydaje mi się faktem stawiającym mnie w nadzwyczaj niekorzystnym świetle.

W obliczu postanowień zawartych w powszednim akapicie tego tekstu, przyszłość maluje mi się w zdecydowanie bardziej nasyconych barwach niż dotąd. W ciągu najbliższych kilkudziesięciu minut mam zamiar skierować swe kroki do centrum handlowego, w którym to zaopatrzę się w zapas grzechów na najbliższy tydzień. Po krótkim namyśle, w ramach dzisiejszego, pierwszego cheat-meal'u zdecydowałam się postawić na konsumpcję najwspanialszej na świecie drożdżówki z budyniem od Sowy widocznej na poniższej fotografii. Ostatni raz miałam ją w ustach ponad dwa lata temu, możecie więc tylko wyobrazić sobie wzbierającą we mnie ekscytację jaką odczuwam na myśl o jej zjedzeniu.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia
Kontynuuj czytanie

sobota, 8 marca 2014

Pyszne ciastka z robaczanym nadzieniem

Puśćcie wodze Waszej fantazji i wyobraźcie sobie, że przyszło Wam zwiedzać niesamowity Meksyk. Podczas przyglądania się monumentalnym kaktusom dostrzegacie na ich powierzchni urocze owady zwane czerwcami. Nie trzeba jednak wypuszczać się w tak oddalone od naszego kraju rejony aby w swym otoczeniu doświadczyć spotkania z tymi insektami. Jeśli jesteś niezbyt świadomym konsumentem to zapewne nie raz już ze smakiem skosztowałeś mielonych czerwców kaktusowych podczas konsumpcji zwyczajnych produktów spożywczych.

Koszenila (E 120) jest naturalnym czerwonym barwnikiem pozyskiwanym z wysuszonych i zmielonych owadów, zwanych czerwcami kaktusowymi, występujących w Meksyku.
Barwnik ten znajdziemy w większości różowych jogurtów, kryje się on także w marmoladzie zdobiącej maślane ciasteczka. Często widnieje także w składzie czerwonych napojów oraz galaretek.

Reasumując, każdy produkt spożywczy o mniej lub bardziej intensywnym karminowym kolorze należy podejrzewać o potencjalną zawartość koszenili. Zdecydowanym plusem tego barwnika jest jego naturalne pochodzenie, należy zadać sobie jednak pytanie czy świadomość konsumowania insektów jest tym faktem w pełni wynagradzana.

Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia
Kontynuuj czytanie

piątek, 7 marca 2014

Fantastyczna Domowa Granola

Idealna na śniadanie, wspaniale harmonizuje się z wszelkimi owocami oraz jogurtem, tworząc pełnowartościowy posiłek zapewniający satysfakcję na kilka godzin. Świetnie sprawdza się również do oprószania wierzchu wielu potraw wprowadzając do ich struktury przyjemny element chrupkości.





Zachwyca swą ekonomicznością w porównaniu z kwotami, jakich zapłaty oczekują producenci sklepowej granoli, a co najważniejsze pozbawiona jest obecnych w tych wyrobach nie sprzyjających naszemu zdrowiu składników.






Do wyprodukowania wielkiej puszki zdrowej domowej granoli potrzebne Wam będą:

- Sześć jednostek płatków owsianych górskich
- Jedna jednostka wybranego rodzaju otrębów
- Jedna jednostka wiórków kokosowych
- Ćwierć jednostki preferowanego oleju
- Pół jednostki miodu

Sposób przygotowania:

1. Grono płynnych składników wlać do misy i wymieszać. Dodać ingridiencje suche i kolistymi ruchami łyżki sprawić, aby dokładnie zostały one oblepione przez ciecze. Należy poświęcić na to dłuższą chwilę i wykazać się cierpliwością, bo wbrew pozorom jest to możliwe do wykonania.
2. Następnie wyłożyć masę na blachę z papierem do pieczenia i rozmieścić ją na całej powierzchni tworząc warstwę równej grubości.
3. Piec w piekarniku rozgrzanym do 150 stopni Celsjusza przez około pół godziny, do delikatnego zarumienienia się granoli.
4. Pozostawić do ostudzenia, połamać na kawałki preferowanej wielkości i przechowywać w wybranym pojemniku.

Uważajcie, aby nie przypalić masy i nie zrumienić jej zbyt mocno. Jeśli nie przypilnujecie swojej granoli, stanie się ona gorzka, zaś konsumowanie jej nie będzie jawić się jako coś przyjemnego dla Waszych kubków smakowych.



Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia

PS: Pragnę bardzo przeprosić Was za mą długą nieobecność. Niestety w wyniku skazy na mechanizmie mojego laptopa byłam zmuszona oddać go do serwisu, w którym został on przetrzymany przez ponad dwa tygodnie. Zaręczam, iż od dziś oficjalnie powracam do regularnego blogowania i zwiastuję bombardowanie Was nowymi postami.
Kontynuuj czytanie

wtorek, 18 lutego 2014

Eteryczny dotyk lata

Gdy spoglądam przez okno na moją twarz natychmiast wstępuje szeroki uśmiech. Podczas śniadania o wczesnym poranku uszy me pieści dobywający się z otchłani ptasich gardeł rozkoszny śpiew. W czasie przebywania na zewnątrz moje płuca wypełnia świeże, orzeźwiające uśpiony zimową porą roku organizm powietrze, zaś w atmosferze przy odrobinie wyobraźni daje się już wyczuć nieśmiałą wiosnę.

Na przełomie pór roku warto przywołać w umyśle wspomnienie lata. Napełni ono nas kującą tęsknotą, acz równolegle do tego tchnie w nasze serca nastrój ekscytującego wyczekiwania ciepła. Niechaj w oczekiwaniu na nie towarzyszą nam kadry z minionego lata.


Pozdrawiam Was serdecznie,
Algadia
Kontynuuj czytanie

niedziela, 16 lutego 2014

Uciekając myślami w czasy dzieciństwa

Ostatnio bardzo często nachodzi mnie ochota na cofnięcie się do tego okresu mojego życia w którym wszystko było znacznie prostsze, przyjemniejsze i łatwiejsze. Chciałabym wrócić do czasów w których nie musiałam martwić się o pomyślne jutro, perfekcyjną prezencję i mogłam beztrosko odkrywać świat z brudem za paznokciami i uśmiechem nie schodzącym z twarzy.

Dziś za każdym zakrętem czai się czyhający na pojmanie mojego spokoju stres,zaś obowiązki i powinności stają do zaciętej walki z pasjami.

 Algadia
Kontynuuj czytanie