sobota, 29 października 2016

W końcu schudłam i nie mam już fałd na plecach

Nadszedł długo wyczekiwany moment wyswobodzenia się przeze mnie z arkanów nadwagi. Nareszcie nie skręcam się w środku patrząc na swe odbicie w lustrze i odbudowuję zamgloną wcześniej tłuszczem pewność siebie. Jest bardzo fajnie.

W maju 2016 roku ważyłam 76,2 kilogramów, na zdjęciach uwieczniona zostałam mając 68,3 kilogramy, zaś obecnie moja waga spadła do 67,5. Sounds good man, doesn't it?


Co najbardziej zaskakujące, nie osiągnęłam powyższych rezultatów jakimiś narwanymi metodami, które kiedyś kultywowałam. Dziś wybucham śmiechem na widok postu o moim planie na zrzucenie 20 kilogramów w miesiąc. Do obecnego stanu doprowadziła mnie dieta zawarta w książce 2XME, czyli jedyny system, który zadziałał i do którego stosowałam się dłużej niż miesiąc.

Moja wymarzona waga to 54 kilogramy. Pierwszym celem jest jednak osiągnięcie magicznej 60. Tyle bowiem ważyłam i czułam się fenomenalnie zaraz przed tym, jak zaczęła się moja przygoda z Binge Eating Disorder.

Do zobaczenia dzieciaczki,
Werka
Kontynuuj czytanie

niedziela, 22 listopada 2015

To, że jesteś gruba to nie koniec świata

Pewna rzecz dzisiaj mną wstrząsnęła i zesłała gradobicie refleksji. Coś całkowicie odmieniło moją perspektywę patrzenia na własne życie.

Przed chwilą obejrzałam teaser wywiadu z zespołem, którego koncert był punktem zrzeszającym najwięcej ofiar głośnych zamachów piątku trzynastego.


Morze emocji, jakie zawarte jest w głosie prawego z mężczyzn jest nie do opisania. Każdy związek słów kandydujących na odzwierciedlenie tego co ma tu miejsce wypadłby obezwładniająco blado. Myślę, że ta wypowiedź byłaby poruszająca nawet gdyby zaserwowana została w kompletnie niezrozumiałym języku. Sam ton, tembr głosu i jego załamywanie się jest już w stanie poruszyć do głębi.
Owa oracja jednak staje się jeszcze bardziej rozbrajająca, gdy jej słowa są dla nas zrozumiałe. Zamachowcy wtargnęli do garderoby grupy i zabili wszystkich, poza dzieciakiem, który ukrywał się pod skórzaną kurtką mówcy. Ludzie udawali martwych w paraliżującym przerażeniu. Niektórzy osłaniali swoich przyjaciół własnym ciałem przed mocą śmiercionośnych pocisków.

I tutaj przechodzimy do mnie. Osoby cały dzień skąpanej w depresji, związanej z ogólną frustracją spowodowaną kształtem swojego życia. To ja. Dalej gruba. Dalej niestabilna emocjonalnie. Dalej każdego dnia przynosząca sobie zawód i kolejne powody do nienawiści w stosunku do własnej osoby. Otępiała, leniwa, marnująca swoje życie na denne aktywności. Czas przelatuje mi przez palce. Dni mijają a moje życie pozostaje na tym samym, sięgającym niebios poziomie żałosności.

I nagle pojawia się ten film. Czuję dziwne prądy przenikające moje ciało podczas seansu. Moja głowa gotuje się a następnie pojawia się weń wrzące pytanie:

CO JA DO KURWY NĘDZY ODPIERDALAM?!

Mam tak cholerny, niesamowity dar jakim jest to najcenniejsze życie a trwonię go na prawo i lewo nie bacząc na jego wartość. Jakim prawem przekreślam moją egzystencję jedynie z powodu wagi nieco ponad przeciętną? Czy drugi podbródek daje mi prawo do ciśnięcia na ziemię i rozdeptania w akcie furii mojego istnienia?

Ludzie o których mowa w wywiadzie nie mogą już mieć nadwagi. Nie mogą płakać z powodu swojej nadwagi. Nie mogą spędzać całych dni na obżeraniu się w łóżku i płakaniu nad sromotą swojego żywota. Nie mogą zmarnować kolejnego tygodnia. Kolejnego miesiąca. Nie mogą nie sprostać swym własnym ambicjom. Nie mogą nawet zaczerpnąć błahego jakby się mogło wydawać oddechu. Nie mogą już nic. Zwyczajnie nie istnieją. Spoczywają sześć stóp pod ziemią.
Kontynuuj czytanie

wtorek, 4 sierpnia 2015

Wielka Wakacyjna Metamorfoza - minus 20 kilogramów - tydzień #1

Dokładnie tydzień i jeden dzień temu ogłosiłam na blogu oficjalne rozpoczęcie projektu WWM. Dziś pragnę zaprezentować Wam co przez ten czas osiągnęłam i jaką taktyką się kierowałam.

Jeśli chodzi o dietę to przez pierwsze trzy dni opierała się ona na grejpfrutach. Piłam też dużo zielonej i czerwonej herbaty, każdy dzień zaś zaczynałam wodą z sokiem z całej cytryny z dodatkiem imbiru.


Druga połowa tygodnia była zdecydowanie bardziej rozpustna. W czwartek pozwoliłam sobie na paczkę chipsów, pączka i batonika. Wszystko to jednak spaliłam w drugiej połowie dnia na 52-kilometrowej wycieczce rowerowej.


Weekend spędziłam u mojej przyjaciółki. W sobotę pojechałyśmy na wycieczkę do Juraty. Tam poddałam się konsumpcji czterech gałek lodów pistacjowych i czosnkowej bagietki. W moim żołądku owego dnia wylądowała także kiełbasa z grilla, którego urządziliśmy z rodziną Kasi po powrocie do domu.
Wieczorem udałyśmy się na piechotę do Żabki aby spróbować nowego batona spod szyldu Milki. Tutaj spotkało nas małe zaskoczenie, bowiem w jednym z nich zabrakło szumnie reklamowanego nadzienia.


Wszystkie grzechy spaliłyśmy wspólnie podczas długiego spaceru.

Jak łatwo można zauważyć, w tym tygodniu bardzo polubiłam się ze spalaniem zjedzonych kalorii dzięki przyjemnym spacerom oraz przejażdżkom rowerem z muzyką w uszach.


Takim oto sposobem doszłam do tego, że dziś ekran wagi wyświetlił liczbę 71.1. Od początku projektu WWM pozbyłam się więc okrągłych 4 kilogramów. 
Pragnę osiągnąć wagę wynoszącą 54. Od spełnienia tego marzenia dzieli mnie już tylko 17.1 kilogramów. Na pozbycie się ich mam dokładnie miesiąc i wiem, że pisany mi jest sukces.

Weronika.
Kontynuuj czytanie

poniedziałek, 27 lipca 2015

Wielka Wakacyjna Metamorfoza - minus 20 kilogramów - START

Zawsze o tym marzyłam. Zawsze pragnęłam zrobić wielkie wejście. Zaskoczyć wszystkich. Zobaczyć miny ludzi nie posiadających się ze zdumienia. Zebrać burzącą się śmietankę podziwu, aprobaty i zaskoczenia.

Już od niemal półtora roku zmagam się z byciem grubaską. Wiele razy podejmowałam próby wyrwania się z tego złego snu ale nigdy nie udało mi się zeń ostatecznie obudzić. Tym razem złamię schemat wiecznej porażki i dopnę swego. Definitywnie i bezsprzecznie.

Pierwszy miesiąc wakacji dobiega końca. Do rozpoczęcia roku szkolnego zostało 36 dni. To aż pięć tygodni i jedna doba na zmianę mojego życia.

Mam 170 centymetrów wzrostu. Obecnie moja waga wynosi 75,1 kilograma. Mój odwieczny cel to liczba 54 i taką też wagę osiągnę wraz z dniem pierwszego września. Schudnę ponad 21 kilogramów.

Nie chcę słuchać o tym jak narwana i niemądra jest ta idea. Doskonale bowiem zdaję sobie z tego sprawę. Nie interesuje mnie to. Jak coś robię, to tylko z pierdolnięciem. Na przypale, albo wcale.

Zaczęłam dziś. Zrobiłam zdjęcia. Możecie zerknąć na nie poniżej.





Obcięłam sobie głowę, bo w czasie trwania sesji stroiłam bardzo śmieszne, waleczne miny.

Na koniec uraczę Was zdjęciem w spódniczce godnej schoolgirl. Mam trudności z oddychaniem nosząc ją. Pomyślałam więc, że świetnie sprawdzi się w roli ukazania spadku mojej wagi gdy za miesiąc będzie luźno wisieć na mym ciele zamiast kształtować moją kibić na podobieństwo baleronu. To rozmiar 34.


Postaram się co tydzień aktualizować moje postępy. Życzcie mi powodzenia w moim szaleńczym pędzie ku wrotom prowadzącym do #skinny.

Weronika.
Kontynuuj czytanie

czwartek, 13 listopada 2014

Jestem smutną, sfrustrowaną grubaską

Siedzę w szkolnej ławce. Zaciągam poły swetra na brzuch. Wysuwam koszulkę ze szczeliny utworzonej przez fałdę pod cyckami. Prostuję się nienaturalnie i prężę aby zminimalizować monumentalność wypukłości mojego tułowia.

Zginam się w pół zakładając skarpetki. Przedtem wstrzymuję oddech. Gdy tego nie robię z trudem odpieram płucami nawał tłuszczu aby nabrać powietrza. Udaje mi się wziąć tylko płytki wdech.

Wciskam na biodra spódniczkę. Muszę podciągnąć ją w okolice talii aby być w stanie ją zapiąć. Z trudem obniżam jej stan aby długością sięgała granic przyzwoitości. Jeden oddech i znów jest za wysoko.




Olewam szkołę. Co dzień zamiast choćby posadzić swoją dupę przed pracą domową rozwalam się na fotelu i żrę. Przed oczami migają mi kolejne odcinki seriali. Kolejne teksty na blogach. Kolejne durnowate internetowe zestawienia. Bezmyślnie je przewijam aby zabić czas. Nie trudzę się myśleniem o tym że mogłabym go uśmiercić w bardziej wyrafinowany sposób.

O północy, w końcu uznaję że czas walnąć parodię człowieka jaką się stałam na materac. Udaję się w objęcia Morfeusza, który niedługo nie będzie w stanie otoczyć mojego spasionego cielska rozpiętością swoich ramion.



Czasem w nocy napadają mnie wyrzuty sumienia. Dopiero gdy zamykam oczy, tak naprawdę szeroko się one otwierają. Dostrzegam wtedy ogrom głupoty jaką uprawiam na polu swojego życia.

Karmię się banalnymi marzeniami o znalezieniu miłości. Napada mnie jednak refleksja, że sama nie chciałabym związać się z taką osobą jak ja. Dlaczego ktoś miałby dobrowolnie wyrazić chęć na zadawanie się ze smutną, sfrustrowaną grubaską bezcelowo tułającą się po ziemskim globie?

***

Wiem że wartościowa osoba jest gdzieś we mnie. Uwięziona pod powłoką sadła, lenistwa i zrezygnowania. Wiem, że jeśli ocucę się z tego destrukcyjnego snu będę w stanie ją uwolnić. Wciąż jednak tylko polegam na polu walki i obiecuję sobie, że zrobię to za chwilę.

W życiu nie ma czasu na "za chwilę". Nie można odłożyć boju o siebie na później bez ponoszenia konsekwencji. Albo rezygnujesz z siebie i godzisz się na stanowienie integralnej części przeciętności, albo walczysz i wznosisz się ponad nią.
Kontynuuj czytanie

niedziela, 24 sierpnia 2014

Spieprzyłam ten cały cholerny fit lajfstajl

Gdyby pozerstwo należało do kanonu moich cech z pewnością mogłabym udać przed Wami, że miała miejsce rzecz odwrotna od tej, która się właściwie stała.
Mogłabym pokazać Wam to jak wytrwałą pracą i wyrzeczeniami udało mi się osiągnąć sukces w kwestii modelowania swojej sylwetki. Mogłabym stworzyć medialną iluzję i płynąć na fali feedback'u wyśpiewującego pochwalne peany w moją stronę. Mogłabym pobawić się w manipulację i pokazać Wam coś takiego:


Oraz podpisać słowami:

Moja ciężka, 4-miesięczna praca przyniosła niesamowite efekty. To prawda, że If you can dream it, you can do it. W końcu z larwy przerodziłam się w motyla i poprawiłam jakość swego życia o milion procent! Rozpiera mnie chęć do dalszego działania! Apetyt rośnie w miarę jedzenia, do mojego ostatniego kęsa zaś jest jeszcze daleko i to dopiero początek mojej przemiany! I Ty uwierz w siebie! Również zasługujesz na szczęście!

Bullshit.

Niestety, lajf is lajf nanananana. Z przykrością muszę Was powiadomić, że to poniżej widnieje prawidłowy obraz mojej zastraszającej metamorfozy.


Dla jeszcze większego fun'u zastrzegam, że lewa fotografia zrobiona jest już i tak po trzech tygodniach kompulsywnego obżarstwa, które zaczęło się 4 kwietnia. Wskazuje to na to, że musiałam wyglądać jeszcze lepiej zanim wszystko poszło się za przeproszeniem jebać z mojej niezaprzeczalnej winy.

Gorliwie i gorąco przeklinam dobę w której popołudniowej porze ubzdurałam sobie, że dzisiejszy dzień będzie dniem obżarstwa, po którym wprowadzę bardziej restrekcyjną dietę. Chciałam skraść dla siebie nieco wolności, chciałam przez moment nie mieć jedzeniowych ograniczeń. Tylko przez jedno pieprzone popołudnie, potem wszystko miało być wzorowe, miało pójść jak z płatka.

Podążając za marzeniami udałam się na zakupy mające podarować mi chwilę rozkoszy i zapomnienia.


Tak jest. Pochłonęłam to wszystko w jeden wieczór. Nie bacząc na ból, ani na mdłości spowodowane przejedzeniem. Przecież to miał być ostatni taki wybryk.

Następnego dnia, gdy efekty uboczne wywołane tak dużą ilością przyswojonego jedzenia przestały mi doskwierać zaczęłam kombinować. Bardzo inteligentnie uznałam, że tamten dzień był dniem słodkim, dziś zaś pora na dzień słony i wtedy już naprawdę będzie po wszystkim. Tak serio serio. Wszystko bardzo skrzętnie sobie wytłumaczyłam.
Po północy wepchnęłam w siebie ostatnią wieczerzę w postaci minipizzy. Bolało. Następnego dnia postanowiłam jednak, iż będę celebrować coś w rodzaju Triduum Paschalnego, co przekłada się na dodatkowy, no już naprawdę ostatni, trzeci dzień. How smart is that?

No ale chwila, ależ no jak to tak?! Przecież wypada dotrwać jednak jeszcze do końca tygodnia i nowy, po nim następujący rozpocząć planowaną perfekcyjną dietą.

Do końca tygodnia, do końca Wielkiej Nocy, do końca miesiąca, do wakacji, aż w końcu DO CZWARTEGO SIERPNIA DO KURWY NĘDZY!!!

Jedzenie przejęło kontrolę nad moim umysłem, nad ciałem, nad życiem, nad wszystkim. W ciągu tych czterech miesięcy wiele razy próbowałam zakończyć to szaleństwo. Najdłużej wytrzymałam 8 dni na surowej diecie, po czym znów rzuciłam się w wir obżarstwa. Stoczyłam się. Odwracałam głowę od lustra. Zaniedbałam się. Przestałam starannie dobierać ubrania i każdego dnia zakrywałam tworzącą się tuszę leginsami i workowatą koszulką. Zaczęłam czuć zwały tłuszczu po bokach talii ocierające się o siebie podczas chodzenia. Nie chcę już wspominać o udach. Stałam się karykaturą samej siebie.

Każdego dnia jadłam tak, jakby ówczesna doba miała być moją ostatnią.

Trzy tygodnie temu wyszłam na prostą. Gdy moje ciało opuścił cukier i ekscytacja wynikająca z jedzenia zauważyłam gwardię efektów ubocznych. Jedyną dobrą rzeczą jaką zostałam obdarowana w wyniku tego incydentu był większy rozmiar biustonosza. Co z tego skoro do płaczu doprowadził mnie widok moich piersi, pokrytych czerwonymi pręgami rozstępów?
Policzki rozdęły się, zanikła talia razem z moją pewnością siebie i chęcią do życia. Zaczęła dobijać mnie myśl, że miałam już tak wiele, a cofnęłam się tak bardzo. Nawet nie cofnęłam. To zbyt pochlebnie powiedziane. Przytyłam niespełna 10 kilogramów. Doprowadziłam siebie do najgorszego stanu w całym moim życiu.

Robię krok w tył, by zrobić dwa do przodu
Mam odwagę, by przyznać się do błędu
Schodzę suchą nogą z pękającego lodu
Bo wiem, że nie warto jest biec bez odwrotu



Więcej grzechów nie pamiętam, za wszystkie serdecznie żałuję i obiecuję poprawę,

Weronika
Kontynuuj czytanie